W zależności od relacji, jakie łączyły go z daną osobą Tadeuszowi Bairdowi przypisuje się różnorodne cechy charakteru. Wielu ocenia się go jako człowieka nieśmiałego, nadwrażliwego i zamkniętego w sobie, o refleksyjnej naturze. Inni wskazują na jego egocentryzm, niezależność, bezkompromisowość i zdecydowanie. Dla najbliższego grona przyjaciół był ciepły, życzliwy, empatyczny, a przede wszystkim bardzo towarzyski i wesoły. Dla bliskich często aranżował w swoim mieszkaniu mniej lub bardziej oficjalne spotkania. Jak wspomina Alina Bairdowa:
Tu się często odbywały spotkania i to takie dosyć liczne, z licznymi ludźmi [...]. Poza tym przychodzili różni wykonawcy, nawet nie po to, by omawiać jakiś konkretny utwór, ale tak towarzysko. Np. [Andrzej] Hiolski bardzo często przychodził do nas, Lothar Faber przyjeżdżał z Kolonii. Mąż przyjaźnił się z Kurtem Masurem, także z [Aleksandrem] Bardinim, oczywiście z [Witoldem] Rowickim, w pewnym okresie z Serockim i z Krenzem, ale potem jak padła Grupa '49, to się powoli rozluźniały kontakty [...]. Nawet tutaj Lutosławscy przychodzili, Wisłoccy [...]. Z Kotońskimi, z Turskimi przyjaźniliśmy się, Stefka Woytowicz kiedyś śpiewała tu romanse cygańskie [...]. Aktorzy różni – Woszczerowicz na przykład. Przy tym nie byłam, ale podobno cały spektakl tu odegrał, przed fortepianem. I to trwało parę godzin.
Choć w kręgu fascynacji kompozytora znajdowała się przede wszystkim kultura śródziemnomorska, południe Europy, sam był – jak mówił – pod każdym względem człowiekiem Północy. Również w zakresie mentalności, obyczaju i typu kontaktów międzyludzkich. Stwierdził także, że zasklepianie się w sobie jest jego naturalną cechą. Potwierdził to Krzysztof Meyer:
W artyście tym było coś samotnego i tragicznego – poświęcając wiele czasu na sprawy społeczne, odgrywając ważną rolę w Związku Kompozytorów, a przez długi czas w organizowaniu Warszawskiej Jesieni, w różnych radach programowych, był z natury wielkim samotnikiem.
Swoim postępowaniem i wypowiedziami Baird wykazywał mocny, nieustępliwy charakter, ale również wyrozumiałość wobec innych:
Zupełnie mnie to nie obchodzi, że moje zachowanie może się wydawać gorszące. Życie jest możliwe m.in. dlatego, że ludzie są bardzo różni.
Chociaż kompozytor na wielu osobach sprawiał wrażenie osoby wyniosłej, to nigdy – jak podkreśla Jerzy Kornowicz – nie okazywał wyniosłości swoim uczniom, mimo płatanych mu niekiedy przez nich wybryków. Reagował wówczas z wielkim ciepłem, mądrością i zrozumieniem.
Tadeusz Baird na wielu osobach sprawiał wrażenie człowieka nieco wyniosłego. Ja zupełnie tego nie odczuwałem będąc jego studentem, co jest tym bardziej dziwne, że mógł łatwo wyniosłość tę mi okazać, miał do tego prawo. Dzieliły nas lata świetlne [...] doświadczeń, świadomości, fazy rozwoju twórczego. Najzupełniej normalnie dawało się rozmawiać o wszystkim z Profesorem, mimo zupełnie niekiedy szczeniackich numerów, które mu robiłem, a które – gdyby mnie spotkały w jego pozycji – skończyłyby się jakąś „studencką masakrą". [...] Chcę przeprosić Tadeusza Bairda za to, że wiedząc, że ma ze mną zajęcia w poniedziałki o 9.00 rano, że jedzie z Saskiej Kępy, potrafiłem zadzwonić do sekretariatu [...] i powiedzieć, że to właśnie tragiczna okoliczność nie pozwala mi być na tych zajęciach. [...] I wiem, że Profesor czekał dwie godziny na kolejne zajęcia, bo już nic nie mógł zrobić. [...] Tych godzin straconych jakże ja teraz żałuję [...]. To ciepło, z jakim tolerował tego rodzaju wyczyny, jakoś niełatwo mi się łączy z „Bairdem wyniosłym".
Krzysztof Knittel natomiast dość chłodną i zdystansowaną postawę kompozytora wobec otoczenia interpretuje jako rodzaj obrony, swego rodzaju maski dla bardzo wrażliwej natury twórcy:
Z twierdzeniem o wyniosłości Bairda nie zgadza się Jerzy Artysz, podkreślając za to inne ciekawe cechy jego charakteru:
Wydaje mi się, że Tadeusz był autentyczny, że go nie można w szufladkę wsadzić, że był wyniosły [...]. Był bardzo emocjonalny moim zdaniem, emocjonalny tak dosadnie [...]. Miał te wszystkie warstwy stosunków życiowych, które go jakoś warunkowały. Nie był to człowiek papierowy na pewno. Poza tym znał swoją wartość, znał wartośc swoich idei artystycznych [...]. To była bardzo bogata osobowość. W związku z tym wszystkie strony życia nie były mu obce [...]. Doskonale jeździł samochodami, miał swoje ulubione typy, zmieniał je [...] z emocją [...]. Szufladki do niego nie pasują, ani katalogowanie – nic z tego [...] Jego emocje były szczere, prawdziwe i bardzo dynamiczne.
O osobowości kompozytora z perspektywy wykonawcy Jerzy Artysz mówi zaś następująco:
Tadeusz Baird nie był osobowością, która się rzucała w objęcia każdemu kto chciał się zainteresowac jego muzyką. To była osobowość bardzo zdefiniowana, o wielkiej klasie, wielkiej kulturze [...]. Nie to, że utrzymywał dystans, ale nie było takiego fraternizowania się od pierwszego momentu tylko dlatego, że ktoś wykonuje jego dzieło [...] Z tym, że to się pogłębiało w trakcie prób.
Jacek Kaspszyk podkreśla, że pewne cechy osobowości Tadeusza Bairda są typowe dla większości artystów:
We wspomnieniach Grzegorza Michalskiego ogólna, „niegdysiejsza" formacja kulturalna kompozytora i jego reakcje wobec otoczenia porównywane są natomiast do cech charakteryzujących postawę Witolda Lutosławskiego:
Bezkompromisować i absolutna szczerość Bairda nie ułatwiała mu życia. Jak wspomina jego żona:
Byli ludzie, których nie znosił, i z którymi się kłócił [...]. Przeważnie w Konserwatorium to się działo. Byli ludzie, z którymi różniły go poglądy polityczne – to była taka podstawa, albo również wtedy, jak ktoś zrobił coś złego i się do tego nie chciał przyznać [...]. Wtedy on wyciągał to na światło dzienne i na ten temat mówił, co mieli mu za złe. Bo to mogli być ludzie, których ogół uwielbiał, a tu okazuje się, że mieli jakieś ciemne sprawki na sumieniu [...].
Ta złożoność charakteru kompozytora wynikała na pewno z doświadczeń życiowych, jakie wyniósł z czasów wojny oraz z jego skomplikowanej powojennej sytuacji rodzinnej. Swym wyjątkowym cechom charakteru zawdzięczał Baird wielką liczbę przyjaciół i współpracowników. Według Izabelli Grzenkowicz:
Baird miał poczucie własnej wartości, i byłoby niezrozumiałe gdyby go nie miał. […] Nie był wcale człowiekiem zarozumiałym, był bardzo przystępny i ciepły w kontaktach z ludźmi. Ciepły i życzliwy. […] Był osobą o wielkiej kulturze osobistej i niewątpliwie skłonny do empatii. Wzruszał się niekiedy czyimś nieszczęściem, czy na przykład biedą studentów. Denerwował się bardzo nieudanymi […] sprawami zawodowymi, ale nie swoimi, tylko ogólnie – polskiej kultury muzycznej, która w latach kiedy on żył przeżywała różne chwile, niekiedy bardzo trudne.
A ponad wszystko:
Był to człowiek niezwykły. Przede wszystkim niezwykle mądry, o wielkich horyzontach humanistycznych […]. Miał niezwykły dar […] szybkiej oceny właściwych wartości, nie tylko muzycznych. […] to był człowiek dynamiczny.
- K. Meyer, Kilka myśli o muzyce Tadeusza Bairda, „Ruch Muzyczny” 1982 nr 7, s. 7.
- Ponad codzienność. Rozmowa z Tadeuszem Bairdem (rozm. E. Kofin), „Odra” 1973, nr 4, s. 91.
- A. Skulska, Szkic do portretu: Tadeusz Baird [dok. dźw.], Dwójka Polskie Radio, 2007.
Dydaktyczne zacięcie Bairda ujawniło się jeszcze w latach jego młodości, gdy jako nastolatek nauczał muzyki w niemieckim obozie oraz w konserwatorium muzycznym. W tej obozowej rzeczywistości ujawniły się również jego talenty organizatorskie, jak sam o sobie mówił był wówczas „kierownikiem wiejskiej świetlicy”. Ważne też były jego wieloletnie doświadczenia jako opiekuna Koła Młodych przy ZKP, kiedy to występował w roli „wychowawcy” młodych polskich twórców. Zaszczytem dla niego i wielką przyjemnością było również członkostwo w Radzie Honorowej Pro Sinfoniki – Młodzieżowego Ruchu Miłośników Muzyki z Poznania. Pasję organizatorską rozwijał w Polsce już jako dojrzały człowiek, działając przy kolejnych festiwalach muzycznych. Nastąpił również moment, w którym zajął się zinstytucjonalizowanym nauczaniem kompozycji w Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Pracę pedagogiczną rozpoczął tam już we wrześniu 1972 roku, jednakże po dwóch miesiącach z niej zrezygnował z powodu braku porozumienia co do warunków zatrudnienia.
Jego uczniem był wówczas m.in. Krzysztof Knittel, który tak wspomina swój kontakt z profesorem:
Natomiast rok po uzyskaniu dyplomu magisterskiego Baird został ponownie zatrudniony na stanowisku profesora kontraktowego z inicjatywy Tadeusza Wrońskiego (ówczesnego rektora). Na stanowisku tym pracował przez trzy lata (od kwietnia 1974 roku do września roku 1977), a 1 listopada 1977 roku Minister Kultury i Sztuki powołał go na stanowisko profesora zwyczajnego. Jego praca skupiała się nie tylko na nauczaniu zasad kompozycji, ale również na dbałości o właściwy profil tego kształcenia i stworzenie szans dla debiutujących absolwentów wyższych uczelni. Wielokrotnie apelował o przychylną atmosferę wokół młodych artystów:
Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jestem za życiem ułatwionym, dla nikogo. Ale młodzi artyści bardziej, niż ktokolwiek inny, potrzebują na początku pomocy, życzliwości, opieki. Życie artystyczne tylko oglądane z zewnątrz, dla widzów telewizyjnych, i dla czytelników popularnych magazynów i popołudniówek, jest czymś łatwym, prostym i przyjemnym. W istocie jest to świat hermetyczny i skomplikowany, rządzący się swoistymi, twardymi prawami. Artystyczne profesje egzaminują ludzi nie tylko z talentów, ale i charakterów. […] przynajmniej na początku trzeba tym młodym kompozytorom, dyrygentom i solistom dać więcej szans niż ich mają obecnie, trzeba im skuteczniej ułatwiać pierwsze niepewne samodzielne kroki. […] Okazji do pływania (lub tonięcia) w głębokiej wodzie i tak im później nie zabraknie.
W jego działaniach przyświecała mu jedna myśl: „[…] dzisiejsza pomoc dla młodych polskich artystów jest naszym obowiązkiem w stosunku do przyszłości polskiej sztuki”.
Kulturotwórcza praca Bairda jako nauczyciela została doceniona przez środowisko akademickie nagrodą Senatu PWSM w Warszawie, uzyskaną w roku 1978. Podstawą do nagrody był m.in. referat Bairda Myśli na temat metodyki wychowania młodych kompozytorów wygłoszony na X Kongresie Association Europenne des Conservatoires i Akademie de Musique.
Tadeusz Baird lubił pracować ze studentami. Traktował ich z szacunkiem, a w relacjach zachowywał stosowny dla profesora dystans. Był przy tym bardzo życzliwy. Jeden z jego uczniów – Paweł Buczyński – tak go wspominał:
[…] ani przez moment nie zauważyłem nigdy, żeby on próbował cokolwiek narzucać. Jeśli ingerował, to w sprawy czysto techniczne, warsztatowe, natomiast szanował to, co każdemu z nas, który się zabiera za pisanie, jest dane. Jest to ten pomysł, który jest dla każdego indywidualny, jedyny i należy go tylko umieć ubrać, ukształtować, nadać mu odpowiednią formę i to była jego rola, z której się wywiązywał znakomicie. Wielokrotnie przywołując własne doświadczenia, zarówno z prób z orkiestrami, jak z koncertów, prób z solistami, mówił, co będzie wygodniejsze do wykonania, w jaki sposób dosadniej można wyrazić to, co ja miałem ochotę wyrazić.
Inny student – Jerzy Kornowicz – podkreślał wielką indywidualność swego profesora:
[…] czułem się miażdżony, malutki przy człowieku, który górował nade mną świadomościowo, życiowo. Mogę powiedzieć, że mimo to – a może właśnie dlatego – doświadczałem wielu gestów opiekuńczych. One nie były wylewne, ale były konkretne. Dużo ciepła dla mojej ignorancji.
Wybór tego a nie innego nauczyciela kompozycji oraz kontakty z nim od początku swych studiów, w 1978 roku, Kornowicz wspomina zaś następująco:
Dlaczego Tadeusz Baird? Dlatego, że dla mnie – wtedy młodego chłopaka – było to nazwisko znane. Jednocześnie muzyka Bairda miała w sobie rodzaj takiej komunikatywności, która wtedy do mnie [...] po prostu docierała. [...] Trudno sobie wyobrazić większe zderzenie. Młody, narwany chłopak, powiedzmy sobie szczerze, w dużej mierze ignorant, i z drugiej strony – erudyta, człowiek o takich przeżyciach, które powodują niekiedy milczenie niż nadmiar opowieści, a jeśli już to pewną doniosłość sformułowań. [...] Pamiętam, że kiedyś zaczęliśmy mówić o Prokofiewie, którego wtedy nie lubiłem, nie znałem [...] wystąpiłem z krytyką Prokofiewa [...]. Zapanowała cisza. Tadeusz Baird powiedział wówczas: „Panie Jerzy, zazdroszczę panu odwagi sądów". Tego rodzaju puent, komentarzy było wiele. Im jestem starszy, tym lepiej zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo dyskretnie były one wypowiadane.
Natomiast metody i tryb pracy dydaktycznej Bairda dzisiejszy prezes Związku Kompozytorów Polskich komentuje tymi słowami:
Tadeusz Baird bardzo starannie podchodził do edukacji i można powiedzieć, że klasycznie [...] - zaczynało się od prac w stylach [...]. Drugi etap to było instrumentowanie własnych prac w stylach [...]. Był bardzo detaliczny, to znaczy ten rys partytur Tadeusza Bairda jest widoczny do tej pory, wszystko jest bardzo dobrze opisane [...] słynne diminuendo all niente, cały szereg sformułowań, które przeszły do [...] anegdot, ale też u niektórych do ich warsztatu, jak u mnie - były taką podstawą, jaką się przejmowało [...]. Lekcje z nim polegały na tym, że on nigdy nie grał partytury, z którą się przychodziło. Kładł nuty na zamkniętym fortepianie (chodzi o pudło rezonansowe, klawiatura była otwarta) i bardziej patrzył na klawiaturę, niż jej używał [...] Bywało i tak, że ani nam – studentom, ani Profesorowi, nie chciało się z jakichś powodów mówić o muzyce - szliśmy wtedy na kawę do "Gamy" [...] Bywał [tam] Wojtek Nowak i Paweł Buczyński.
Niestety, gdy Jerzy Kornowicz był na trzecim roku studiów, Tadeusz Baird nagle zmarł.
To był grom z jasnego nieba [...]. Tadeusz Baird chorował, ale ta choroba nie była powodem jego śmierci [...]. Zaskoczenie, poczucie, że mamy do czynienia z sytuacją tragiczną. Miało się wrażenie, że Tadeusz Baird zaczyna kolejny ważny okres w swoim życiu, że jest bardzo ważny dla nas, jego uczniów, dla Akademii Muzycznej [...], jego oddziaływanie wzrastało [...]. I ten rys tragizmu, jaki jest obecny w [jego] twórczości, jakoś się wypełnił w jego odejściu.
Rzeczywiście, śmierć kompozytora była pewnym zaskoczeniem. O dolegliwościach męża i okolicznościach jego odejścia w następujących słowach opowiada jego żona, Alina Bairdowa:
Chyba było to przewidywalne, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, bo to był tętniak mózgu [...]. Ale objawiło się to już wcześniej w ten sposób, że podczas pobytu w Niemczech on [Baird] zasłabł i z hotelu zabrali go do szpitala [...]. Potem rano, jak się obudził, doszedł do wniosku, że wszystko jest w porządku [...], szybko wrócił do kraju [...] Ale poza tym, to nie było żadnych objawów. Miał początki cukrzycy, brał zastrzyki [...], ale nie chorował tak [poważnie]. Oczywiście po pobycie w Niemczech [w czasie wojny] i gruźlicy kości to musiał być schorowany organizm i serce [...]. Ale przecież nie mógłby w ogóle pływać na przykład (a dwa kilometry pływał), jakby miał chore serce, prawda [...]? Wróciliśmy z Bułgarii i następnego wieczoru byli [u nas] Artyszowie [...]. Zrobiłam jakąś kolację, potem oni pojechali i wszystko było w porządku. Nagle w nocy się źle poczuł [...]. Właściwie to zaraz trzeba by wezwać pogotowie i zabrać go do szpitala, ale przyszła znajoma lekarka, która powiedziała, że to jest odwodnienie [...], trzeba [dać] kroplówkę i przejdzie [...]. Jednak po dwóch dniach to nie przechodziło, nawet po jednej stronie twarzy miał lekki paraliż, to był wylew. Zabrali go do kliniki rządowej [...]. Po badaniach stwierdzili, że trzeba robić operację mózgu, ale nie było możliwości [...], więc zawieźli go na Banacha [...]. Był tam dwa dni i dobrze się czuł [...] Następnego dnia mieli mu robić operację, szykowali [...], miałam przyjść o 9.00 i dowiedzieć się wszystkiego [...]. Przychodzę i okazuje się, że oni w ogóle do mnie nie zadzwonili, a mój mąż już nie żyje [...]. Był zdrowy po tej Bułgarii, przedtem w Ustce też był miesiąc cały [...]. Wszystko było w porządku [...], widocznie ten tętniak pękł [...].
Natomiast w pamięci Jacka Kaspszyka okoliczności śmierci Tadeusza Bairda zapisały się głównie w kontekście przygotowań do inauguracyjnego koncertu "Warszawskiej Jesieni" i listu, który kompozytor mu pozostawił:
- T. Baird, Trudno być artystą (młodym), „Kultura” 20.5.1979 nr 20, s. 11.
- A. Skulska, Szkic do portretu: Tadeusz Baird [dok. dźw.], Dwójka Polskie Radio, 2007.
„Warszawska Jesień” jest ważnym punktem w biografii Tadeusza Bairda, gdyż miał on duży wkład w powstanie tego festiwalu. Jego prapoczątków należy upatrywać już w roku 1950, kiedy kompozytor został członkiem Zarządu Głównego ZKP. Wówczas wspólnie z Kazimierzem Serockim, Andrzejem Dobrowolskim i Włodzimierzem Kotońskim zrealizował I Festiwal Muzyki Polskiej. Obejmował on swoim zasięgiem całą Polskę i uwzględniał całą kulturę muzyczną kraju – od działań amatorskich po profesjonalne. Baird wspominał po latach:
W ciągu sezonu koncertowego, mimo chaosu i kiepskiej jeszcze organizacji, wspólnie z pomagającymi nam dyrygentami i solistami próbowaliśmy przedstawić najważniejsze dzieła. Impreza spotkała się z zainteresowaniem i zrozumieniem, które przeszły wszelkie oczekiwania.
Już od 1952 roku te same osoby zabiegały o II Festiwal Muzyki Polskiej, który odbył się w 1955 roku. Było to ogromne przedsięwzięcie, któremu przyglądało się również grono zagranicznych słuchaczy. Powodzenie tego festiwalu spowodowało, że na VIII Walnym Zebraniu ZKP – ustępujący wiceprezesi ZKP – Baird i Serocki złożyli wniosek o konieczności powołania w Polsce festiwalu muzyki współczesnej. Ta idea się zmaterializowała i ówcześni członkowie zarządu ZKP (Tadeusz Baird, Andrzej Dobrowolski, Włodzimierz Kotoński, Kazimierz Serocki) przy wsparciu Kazimierza Sikorskiego (prezesa ZKP) doprowadzili do powstania w 1956 roku I Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”.
Praca nad przygotowaniem i realizacją kolejnych edycji festiwalu była dla Bairda źródłem wielkiej satysfakcji. Aż do roku 1969 był on członkiem Komisji Programowej „Warszawskiej Jesieni”, jednak nie mogąc wprowadzić zmian w jej formule wycofał się, uznając że:
Wszelkie instytucje czy wszelkie regularnie odbywające się imprezy dzielą los żywych organizmów: starzeją się. Także „Warszawska Jesień" trochę się już postarzała. Nie należy wyciągać z tego ani wniosków likwidacyjnych, ani też spokojnie czekać, aż pacjentka wręcz zemrze.
„Warszawska Jesień” była międzynarodową areną do prezentacji dorobku ówczesnych kompozytorów polskich, z której korzystał również Tadeusz Baird. Do roku 1981 jego muzyka była obecna niemal w każdej edycji festiwalu (z wyłączeniem lat 1965 i 1980). Na „Warszawskiej Jesieni” wykonano jego 25 utworów, w tym 11 prawykonano.
- J. Cegiełła, Szkice do autoportretu polskiej muzyki współczesnej, Kraków 1976, s. 21 i 23.
Począwszy od łagowskiego debiutu w 1949 roku i niezależnie od okoliczności zewnętrznych ranga kompozytora – Tadeusza Bairda stopniowo wzrastała. Znajdował się on w centrum polskiego życia muzycznego, podróżował artystycznie po świecie, był zapraszany do prac w jury festiwali i konkursów. Był również sam nagradzany przez władze państwowe, ale przede wszystkim przez gremia muzyczne. Do najważniejszych jego osiągnięć należy trzykrotnie zdobyte I miejsce na Międzynarodowej Trybunie Kompozytorów UNESCO w Paryżu. W roku 1959 nagrodzono jego Cztery eseje na orkiestrę, w roku 1963 – Wariacje bez tematu na orkiestrę symfoniczną, a w 1966 – Cztery dialogi na obój i orkiestrę kameralną. Był również laureatem Nagrody Muzycznej im. Siergieja Kusewickiego (1968), Nagrody Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego (1971), Nagrody im. Artura Honeggera (1974), zdobywcą Medalu im. Jana Sibeliusa (1976). W latach siedemdziesiątych XX wieku nastąpił prawdziwy „wysyp” różnego rodzaju gratyfikacji honorowych i finansowych. Jako dojrzały muzyk osiągnął on wówczas wysoką pozycję w polskiej kulturze muzycznej oraz w środowisku międzynarodowym (przede wszystkim w Niemczech oraz USA). Połowa spośród wszystkich 36 wyróżnień (nagród, dyplomów, odznaczeń) pochodzi z tego czasu. Oprócz prestiżu, nagrody te często stanowiły duże wsparcie finansowe dla kompozytora, co potwierdził sarkastycznym stwierdzeniem:
Co do nagrody: sam już nie wiem, czy w naszej bardzo już trudnej do kochania Ojczyźnie przyzwoiciej jest być dostrzeganym i wyróżnianym przez wysokie władze, czy raczej pomijanym i przemilczanym. Chyba, że pocieszać się starym powiedzonkiem Kisiela: nie sam wstyd, pieniądze też dają.
- K. Tarnawska-Kaczorowska, Tadeusz Baird. Glosy do biografii, Kraków 1997, s. 229-230.
Rok 1949 był dla Tadeusza Bairda przełomowy. Otrzymał wówczas zaproszenie do pracy w Kole Młodych przy Związku Kompozytorów Polskich, propozycję pomocy stypendialnej, rozpatrywano jego kandydaturę na wyjazd do Paryża w ramach stypendium UNESCO, w końcu został też członkiem Związku Kompozytorów Polskich.
Najważniejszy jednak okazał się wyjazd do Łagowa Lubuskiego, gdzie w dniach 5–8 sierpnia odbył się Ogólnopolski Zjazd Kompozytorów i Krytyków Muzycznych. Przybyły tam młody kompozytor odniósł swój pierwszy sukces za sprawą Sinfonietty. Jak po latach wspominał:
Było to pierwsze zetknięcie się z Olimpem muzycznym, byłem onieśmielony i zagubiony wobec tych gorących dyskusji. Dlatego nieliczni młodzi szybko się zjednoczyli i stworzyli coś w rodzaju wspólnego frontu.
Tym wspólnym frontem była Grupa '49 „zrzeszająca” trzech młodych twórców:
Kazimierz Serocki, Jan Krenz i ja spotkaliśmy się na przystani jednego z jezior łagowskich i tam po dłuższej wymianie zdań postanowiliśmy trzymać się razem i postanowiliśmy właściwie zjednoczyć nasze siły, zdolności i nasze różne umiejętności po to, by jakoś odnaleźć się tym trudnym, skomplikowanym, obcym i pełnym niebezpieczeństw świecie – mówił kompozytor.
Nośna nazwa oraz oficjalny program Grupy '49 (autorem obydwu był Stefan Jarociński) były „zasłoną dymną” dla – żądnych młodych artystycznych dusz – komunistycznych władz Polski. W założeniach programowych widniał bowiem zapis:
[…] młodzi ci muzycy pragną nade wszystko zerwać z tradycjami rozpasanego nowatorstwa i przywrócić utracony kontakt z tym słuchaczem, który staje się dziś głównym konsumentem kultury. Ich muzyka antyelitarna z ducha, nie zamierza jednak schlebiać tanim gustom drobnomieszczańskim, i dlatego, w urzeczywistnieniu swych celów, nie chcą oni zrezygnować z jakiejkolwiek zdobyczy nowoczesnej harmonii.
W rzeczywistości była to grupa trzech przyjaciół, których przez całe życie łączyły zażyłe stosunki osobiste i artystyczne. Pod tą nazwą – Grupa '49 – odbyły się zaledwie dwa koncerty kompozytorskie: 13 stycznia 1950 oraz 30 maja i 1 czerwca 1952 roku (oba w Warszawie). Potem jedynym szyldem dla działalności trzech artystów były ich własne nazwiska.
Dzieje przyjaźni między Tadeuszem Bairdem a Kazimierzem Serockim oraz jej dalszą ewolucję z humorem odmalowuje w swych wspomnieniach Grzegorz Michalski:
Te ważne dla Tadeusza wydarzenia rozgrywały się w złej atmosferze rodzinnej. Nie dość, że jego ojciec po wojnie opuścił rodzinę i zamieszkał z inną kobietą, to 5 stycznia 1950 roku został on nagle zatrzymany i aresztowany przez władze Bezpieczeństwa Publicznego. Niemal pół roku później, w maju 1950 roku został oskarżony, a 30 listopada tego roku – osądzony. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie orzekł, że Edward Baird jako urzędnik Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych działał na szkodę Państwa Polskiego, gdyż agentowi obcego mocarstwa ujawnił tajemnicę państwową (o ogólnym stanie gospodarki rolnej w Polsce, stanie zasiewów i odłogów, stanie pogłowia, stopniu zagospodarowania zniszczeń wojennych w rolnictwie, stanie inwentarza). Karą było 15 lat więzienia i utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 5 lat. Jest niemal pewne, że powodem aresztowania była również wojenna przeszłość Edwarda. Był on członkiem Związku Walki Zbrojnej, działał w Armii Krajowej i w Delegaturze Rządu na Kraj w charakterze zastępcy szefa Departamentu Rolnictwa. Taka przeszłość nie mogła pozostać niezauważona przez władze, które prześladowały żołnierzy Armii Krajowej. Mając świadomość wielkiego zagrożenia życia swego ojca, Tadeusz nie ustawał w zabiegach o jego uniewinnienie i uwolnienie. Prowadził osobiste rozmowy i wymianę korespondencji z decydentami, a przede wszystkim z ówczesnym prezydentem, a potem premierem – Bolesławem Bierutem. W efekcie ojciec kompozytora spędził w więzieniu trzy i pół roku. Na wolność wyszedł w czerwcu 1953 roku, a cztery lata później (1957) wyrok został uchylony, a sprawa umorzona.
Wdowa po kompozytorze tak wspomina tę niezmiernie trudną sprawę, podkreślając że nie wszystkie wydarzenia i starania syna są udokumentowane:
Wiem, że jak chodził do Bieruta w tej sprawie, co mu załatwił Sokorski, pod warunkiem napisania Ballady o kubku, to był bardzo zdenerwowany – co powiedzieć i jak, by nie zaszkodzić [...] Bierut odpowiedział – zobaczymy, co się da zrobić [...] W IPNie w ogóle nie ma śladów tej wizyty, tylko zapewne są listy [...] drugiej żony ojca, bo ona też tam ciągle chodziła, opiekowała się nim.
Wiadomo jednak, że walka o ojca stała się przyczyną powstania trzech utworów panegirycznych Bairda: kantaty Pieśń o rewolucji (1951), Ballady o żołnierskim kubku (1954) i pieśni masowej Na warszawskim zlocie (1955). Pełne determinacji zabiegi kompozytora wspierał zaś wiceminister, a następnie Minister Kultury i Sztuki – Włodzimierz Sokorski.
- T. Baird, J. Zadrowska (opr.), M. Adamski (realiz.), Życie nie tylko nutami pisane - cykl gawęd wspomnieniowych [dok. dźw.], gawęda 7.
- T. A. Zieliński, Tadeusz Baird, Kraków 1966, s. 20.
